Tego dnia całe Kőszeg siedziało wsłuchane w podniecony głos komentatora tłumiony przez firanki falujące na lekkim wietrze. Był 4 lipca 1954 roku. W Bernie, w finale Mistrzostw Świata Węgry grały przeciwko Niemcom. Dochodziła właśnie 10 minuta meczu. Wszystko szło zgodnie z planem, Madziarzy prowadzili 2:0 po bramkach Puskasa i Czibora.
Panowało powszechne przekonanie, że węgierska „złota jedenastka” pojechała do Szwajcarii, zgodnie ze swoją nazwą, po złoty medal. Przez cztery lata byli niepokonani. Z 32 rozegranych meczów wygrali 28, włącznie z dwukrotnym zwycięstwem nad Anglikami. Najpierw pokonali wyspiarzy 6:3 na Wembley, a po kilku miesiącach w Budapeszcie dołożyli im aż 7:1. Jak dotąd nigdy w historii reprezentacja Anglii nie przegrała wyżej. Przez eliminacje Węgrzy przeszli bez gry po walkowerze z Polską. Przedstawiciele PZPN po wylosowaniu Aranycsapat obawiając się kompromitującego wyniku po prostu wycofali polską reprezentację z rozgrywek. Filarem obrony Madziarów był urodzony w Kőszeg Gyula Lorant. Podczas mistrzostw zagrał we wszystkich pięciu spotkaniach.
W dziesiątej minucie przez miasto przebiegł szmer zawodu. Lorant nie zdołał zatrzymać dośrodkowania Schafera, piłkę przechwycił Morlock i wślizgiem wpakował do bramki Grosicsa. 2:1. Niemcy zdobyli gola kontaktowego.
Chyba mało który mecz pasuje bardziej do powiedzenia Billa Shankly: „Futbol nie jest sprawą życia i śmierci. Jest czymś znacznie ważniejszym”. Ten jeden z najsłynniejszych finałów w historii piłki nożnej ostatecznie skończył się wygraną RFN 3:2. Niemiecka prasa od razu okrzyknęła go mianem „Cudu w Bernie”. Minęło ledwie 9 lat od najstraszniejszej wojny dwudziestego stulecia i naród morderców i inżynierów znów mógł być z siebie dumny. Podniecone sportowym tryumfem zachodnioniemieckie społeczeństwo otrząsnęło się na chwilę z powojennej traumy i zaczęło z optymizmem spoglądać w przyszłość.
Wygrana nie była do końca uczciwa. W 87 minucie Puskas wyrównał, ale sędzia liniowy dopatrzył się spalonego. Czy prowadzący mecz postrzegali go jako starcie „zachodnich” Niemiec z „komunistycznymi” Węgrami? Któż to wie.
Boisko było rozmokłe, przez co Madziarzy nie mogli do końca wykorzystać swoich technicznych umiejętności. Niemcy grali w wymyślonych właśnie wtedy przez Adiego Dasslera (tego od Adidasa) wkręcanych długich korkach, co dawało im przewagę na błotnistej murawie. Nie było to niezgodne z ówczesnymi przepisami. Węgierski trener Sebes po meczu narzekał na brutalną grę niemieckiej jedenastki i skarżył się na głośny koncert urządzony pod oknami jego piłkarzy w noc przez finałem. Po latach okazało się, że zawodnikom RFN wstrzykiwano zawierający metamfetaminę Pervitin – ten sam, który żołnierze Wehrmachtu nazywali „pigułką ataku”. Jak widać, nie tylko w NRD lubowano się w związkach sportu z farmakologią.
Na Węgrzech po porażce zawrzało. Piłkarzy i trenera oskarżano o łapówkarstwo, w Budapeszcie wybuchły kilkudniowe zamieszki. Gyula Lorant po przegranym finale mistrzostw świata pograł jeszcze dwa lata w budapeszteńskich klubach, po czym piłkarską koszulkę zamienił na koszulę trenera. Musiał zostać dobrze zapamiętany w Niemczech, bo w swojej karierze prowadził kilka klubów Bundesligi, między innymi takie firmy jak Eintracht Frankfurt, Schalke 04 czy Bayern Monachium. Wyjechał na Zachód po rewolucji 1956 roku. Siedem lat wcześniej próbował się przeszmuglować do Austrii ukryty w ładunku ciężarówki. Ktoś musiał donieść, bo został złapany i zamknięty na 10 miesięcy w obozie pracy. Zwolniono go po interwencji trenera reprezentacji. Jego umiejętności jako obrońcy i pomocnika były niezbędne w złotej układance Sebesa.
Wieczorem 31 maja 1981 roku, kiedy trwał u nas karnawał Solidarności, Lorant przechadzając się po szatni dawał ostatnie instrukcje piłkarzom PAOK przed meczem przeciwko Olimpiakosowi. Wrócił do Salonik po kilku latach spędzonych w Niemczech, do klubu, który już raz poprowadził do mistrzostwa kraju, od razu w pierwszym roku swojej trenerskiej pracy. Lekarze zalecili Lorantowi przeniesienie się do miejsca o ciepłym klimacie z uwagi na problemy zdrowotne. Była 17 minuta meczu, kiedy nagle upadł i nie podniósł się już więcej. Zmarł na atak serca na trenerskiej ławce. Niebiosa otworzyły się na mgnienie oka, aby Jean-Baptiste Poquelin mógł dwornie ukłonić się z wyrazami najwyższego szacunku. PAOK wygrał jeden do zera.
Ostatni raz pociąg z pasażerami ze stacji Rattersdorf-Liebling do stacji końcowej Kőszeg przejechał 6 października 1951 roku. Mieszkańcy Kőszeg nie mogli już dłużej wozić bez żadnej przesiadki do Sopron koszów z kasztanami, gąsiorków wina i bel wyprawionych skór. Linia Ödenburg (Sopron)- Deutschkreutz – Neckenmarkt – Lackenbach – Oberpullendorf – Rattersdorf/Liebing – Güns (Kőszeg), która została otwarta 5 listopada 1908 powoli kończyła swój żywot. Zawiadowcy i bileterki opuścili stacyjne budynki, a trawa kawałek po kawałku zarastała nieużywane torowiska. Po zamknięciu linii dla pasażerów, ruch towarowy działał jeszcze przez dziewięć lat. Po następnych dziewięciu zdemontowano tory wiodące z Oberloisdorf do granicy, którą Churchill w swoim sławnym przemówieniu nazwał „żelazną kurtyną”. Obecnie miłośnikom jednostajnego stukotu kół i wiatru we włosach pozostała jedynie możliwość letniej przejażdżki drezyną z Neckenmarkt do Oberpullendorf.
Jadę pociągiem z Sopron do stacji końcowej Kőszeg po przesiadce w Szombathely, przemieszczając się boczną linią nr 6603. Podróż z rodzinnego miasta ojca Leopolda Blooma zajmuje około pół godziny. Budynek stacji jest świeżo odnowiony, kwiaty pachną w podwieszonych donicach, ich spadające płatki są skrzętnie zamiatane przez zrzędliwa sprzątaczkę w rozdeptanych sandałach. Zgodnie z cesarsko-królewskimi standardami stację zbudowano w takiej odległości od centrum miasta, aby pracę mieli wozacy i dorożkarze, których próżno by dzisiaj szukać. 🙂 Taksówek również brak, ta jedyna odjeżdża dostojnie zabrawszy uprzednio rodzinę z dwoma walizkami.
Idę powoli w przyjemnym słońcu. Po przejściu przez most, skręcam w prawo mijając lokalne centrum handlowe. Główna ulica łącząca stację kolejową z centrum miasta nosi imię Franciszka Rakoczego, tego samego, który omal nie został królem Polski po podpisaniu w Warszawie traktatu węgiersko-rosyjskiego. Wiktor Orban nie urodził się na kamieniu, on tylko kontynuuje wielowiekową tradycję.
Położenie miasta przygranicznego jest błogosławieństwem kiedy ludzie, towary i idee przepływają w rytmie podnoszonych szlabanów granicznych, a staje się przekleństwem w momencie ich zamknięcia. W miejskiej kasie zaczyna brakować dochodów z ceł, hotele i restauracje upadają z braku podróżnych, jedyne co pozostaje to coraz mniej opłacalny przemyt. Czas zastyga w miejscu, w którym zwykle przyspieszał.
Po zapadnięciu żelaznej kurtyny Kőszeg niespiesznie kultywował swoje tradycje, miejskie dzwony biły codziennie równo o 11:00 ku czci obrońców twierdzy w 1532 roku, a uroczystości związane z rysunkami gałązek i liści winogron w Księdze Nadejścia Wina gromadziły wiosną przedstawicieli lokalnej socjety w zamkowych salach. Blakła habsburska żółć kamienic, coraz silniej wrastających w grunt i tylko czasami jakieś zdarzenie wyrywało mieszkańców z codziennej rutyny budowniczych socjalistycznej ojczyzny w zapomnianym miejscu na skraju sowieckiego imperium.
Tak jak to było 4 lipca 1954 roku.
Kiedy rozgrywano finał Ferenc Kőszeg miał 15 lat. Nawet ten urodzony w 1939 roku w żydowskiej, inteligenckiej rodzinie chłopak musiał czuć w swoim budapeszteńskim mieszkaniu tę napiętą atmosferę oczekiwania na sukces. Ferenc Kőszeg to modelowy przykład człowieka z naszej części świata określanego przez liberalną prasa zachodnią mianem „przedstawiciela opozycji demokratycznej”. Jego ojciec został zamordowany przez Niemców, a sam Ferenc ocalał z Holokaustu dzięki odwadze i poświęceniu Margit Slachta. Kiedy miał 17 lat zaangażował się w rewolucję 1956 na Węgrzech, co ukształtowało go na resztę życia. Rok później za próbę dystrybucji antyreżimowych ulotek został zamknięty na dwa miesiące w więzieniu. Podczas przesłuchania zachował się zaskakująco dojrzale jak na gówniarza i odmówił współpracy z węgierską Bezpieką.
Siedzę pijąc lokalnego blauburgundera na rynku w Kőszeg i przeglądam na ekranie telefonu guglowe wyimki o Ferencu Kőszeg. Taka durna perwersja.
W metryce dyskretnej odległość punktu od dowolnego punktu wynosi jeden, chyba, że punkt ten pokrywa się ze sobą – wtedy równa jest zero. Wiadomo, że dyskretna przestrzeń metryczna jest zupełna, dokładnie tak jak moja wiara, że Kőszeg musiał odwiedzić Kőszeg. I to nie raz. Specjalnie pomija ten fakt w swojej autobiografii gubiąc tropy i ukrywając się pod wymyślonymi nazwiskami. Dlatego tak dużo miejsca poświęca na seksualne podboje bohatera. W komunistycznych czasach opiewanie „wolnej miłości” było jedną ze metod krytyki siermiężnego purytanizmu systemu. Traktowanie seksu jako przyjemności zamiast obowiązku prokreacyjnego w celu budowania ustroju powszechnej szczęśliwości miało posmak balonowej gumy Donald żutej podczas grupowego przeglądania wymiętego wydania Playboya. Przekraczanie kolejnych granic seksualnego wtajemniczenia przybliżało do stawania się częścią kolorowego, zakazanego świata pełnego nieoczekiwanych pokus. Swoboda w używaniu partnerów jak „Zachód”, pozycja misjonarska pod kołdrą jak „Wschód”. Na erotycznej ścieżce Ferenca Kőszega nie mogło oczywiście zabraknąć tradycyjnego wątku gorącej przyjaźni polsko-węgierskiej. Opis jednego z letnich spotkań z działaczami Solidarności kończył się słowami „…po zakończeniu politycznych dyskusji bogowie i boginie opozycji łączyli się, a ich miłość wstrząsała okolicznymi wzgórzami”.
Polscy opozycjoniści raczej z pogardą podchodzili do plebejskich rozrywek, takich jak pasjonowanie się piłką nożną. Wyjątkiem był pochodzący z ludu Lech Wałęsa, który „grał na bramce i nikt mu nie mógł strzelić”. Prawdopodobieństwo, że wymęczeni seksualnym gulaszem omawiali ostatnie akcje Bońka graniczy z absolutnym zerem.
Co innego Kőszeg. Rozgrzane lipcowe powietrze i zapach rozgrzanych ciał przypomina mu wydarzenie sprzed trzydziestu lat.
Wpada w letnią drzemkę…
….w swoim śnie Kőszeg przebywa w Kőszeg u znajomych matki. Jest 4 lipca 1954 i całe miasto jest podekscytowane finałem. Starsza od Ferenca osiemnastoletnia Judith również jest różowa z podniecenia, chłopak ma ciągłą erekcję od patrzenia na jej sutki wyraźnie widoczne spod cienkiego materiału letniej sukienki. Świadoma reakcji chłopaka dziewczyna specjalnie eksponuje biust strofowana gniewnymi spojrzeniami ciotki. Nikt oprócz niej nie zwraca na młodych uwagę, wszyscy w kółko rozmawiają o meczu, a kto może, ten chwali się swoją znajomością z Lorantem.
W chwili kiedy Judith delikatnie dotyka uda Ferenca, trzysta kilometrów dalej, amerykański ambasador dzwoni do swojego znajomego w FIFA, ten z kolei do sędziego. Dyskretna, acz stanowcza prośba o zadbanie o „odpowiedni” wynik zostaje powtórzona dwa razy. Podczas rozmowy z liniowymi, sędzia wspomina o trwającej zimnej wojnie z sowiecką strefą, po czym dyskusja przechodzi na omawianie zalet mercedesa W120. Wszyscy wybuchają śmiechem, kiedy pada zdanie o strefie kontrolowanego zgniotu węgierskiej obrony.
Dochodzi 10 minuta meczu. Madziarzy prowadzą 2:0 po bramkach Puskasa i Czibora. Lorant zatrzymuje dośrodkowanie Schafera, długim podaniem uruchamia Hidekutiego, który wkręca dryblingiem trzech Niemców w mokrą trawę berneńskiego stadionu. Całą akcję wykańcza Puskas precyzyjnym strzałem pod poprzeczkę bramki Toniego Turka. Tłum wiwatuje, na chwilę ręka sędziego zawisa niepewnie w powietrzu, po czym słychać dźwięk gwizdka i wskazanie na środek boiska. Bramka była tak krystalicznie czysta, że jej nieuznanie wywołałoby międzynarodowy skandal. Sędzia wyczaruje jeszcze z kapelusza dwa rzuty karne dla Niemców, odgwiżdże kilka nieistniejących spalonych, a nawet pokaże czerwoną kartkę Lorantowi. Nic to nie pomoże. Mecz kończy się zwycięstwem Węgrów 5:3.
Ferenc i Judith o wyniku dowiedzą się dopiero następnego dnia. W dziesiątej minucie meczu, po strzeleniu trzeciej bramki wyszli na spacer po okolicznych wzgórzach i wtedy właśnie chłopak po raz pierwszy poznał co to seks. Stan błogości Ferenca przemienia się w euforię podczas gromadnego świętowania zwycięstwa. Piętnastoletni mężczyzna chciałby, aby ta chwila trwała jak najdłużej. Planuje przyszłość z Judith, zostanie nagradzanym artystą. Waha się pomiędzy literaturą a malarstwem.
Tego samego dnia w Budapeszcie milicjanci przypadkowo strzelają w stronę świętującego tłumu. Zamieszki przekształcają się w ogólnokrajową rewolucję. Linie telefoniczne na Kremlu rozgrzewają się do czerwoności. Jednostkę Armii Czerwonej, która wyruszyła z koszar pod Debreczynem zatrzymuje imam z Bośni deklamujący przez megafon ósmą surę Koranu. Znalazł się tam przypadkiem jadąc na wycieczkę do budapeszteńskich term. Jego sugestywna interpretacja wpływa na większość podoficerów brygady pochodzących z okolic Achszabadu. Zabijają dowódców i oficerów politycznych po czym ruszają na pomoc demonstrantom. Po informacji o przyłączeniu się do powstania części wojsk sowieckich Gheorgiu-Dej blokuje wymarsz Armii Czerwonej z Rumunii. W Polsce Rokossowski, cudem odratowany po zawale serca, staje się żarliwym katolikiem i wysyła pomoc humanitarną i transporty broni na Węgry.
Amerykanie łamią neutralność Austrii i tworzą specjalną bazę niedaleko węgierskiej granicy. Pociągi z zaopatrzeniem przemierzają znów linię Oberpullendorf – Rattersdorf/Liebing – Güns (Kőszeg) dzień po dniu. Tylko Bułgarzy wylegują się leniwie na czarnomorskich plażach popijając kisłoje mljako, pozostałe państwa sowieckiego bloku ogarnia gorączka zmian.
Latem 1956 roku Ferenc i Judith wiwatują w milionowym tłumie rozlanym na Placu Bohaterów i w okolicznych uliczkach. Po konferencji mocarstw w Wiedniu, żelazna kurtyna przesuwa się na Bug, Cisę i grzbiety Karpat. Po osiągnięciu pełnoletniości chłopak poślubia Judith, studiuje prawo i pracuje jako tłumacz. Jeszcze w czasie rewolucji pisze bestseller pod tytułem „Zwód Loranta” , potem otworzy kancelarię adwokacką przy rynku w Koszeg. Pierwszy syn szczęśliwego małżeństwa będzie miał na imię Gyula, a Judith pozostanie do końca życia tę pierwszą i jedyną Ferenca….
„Pierwszą i jedyną” – ta fraza prawie rozsadziła mu głowę podczas letniej drzemki. Powtórzyła się jeszcze parę razy wibrując w mózgu każdą zgłoską. Spocony, z pulsującym bólem skroni, bał się otworzyć oczy, przerażony realnością sennej wizji. Przesunął prawą ręką po kobiecym udzie wtulonej w jego pierś blondynki. Wziął głęboki oddech. Podniósł wolno powieki i poczuł oddech śpiącej po lewej stronie pulchnej brunetki. Jej nogi splecione były z włochatymi łydkami leżącego na skraju łóżka brodatego olbrzyma. Ferenc dopiero po chwili zorientował się, na jakiej części ciała mężczyzny leżała jego lewa dłoń. Zaśmiał się i odetchnął z ulgą. To był tylko sen…
Ciepły wiaterek porusza lekko kwiatek w wazonie stojącym na kawiarnianym stoliku. Biorę łyk białego, lokalnego vetlinera. Trochę cierpkie i bez wyrazu. Patrzę na pierzeję rynku. Nawet gdyby historia potoczyła się tak jak we śnie Koszega mój widok nie uległby zmianie. Na tym polega urok centrów starych miast, które szczęśliwie uniknęły brutalnego walca historii.
Wstaję i idę w stronę dworca. Mijam wpatrzoną w siebie nawzajem węgierską parę i grupę emerytów z Austrii. Chudy chłopak zapamiętale odbija piłkę od ściany, nawet nieźle mu idzie. Brakuje tylko Amerykanów głośno świętujących Independence Day.
Jak co roku 4 lipca.