Skip to content
Menu
raport z podróży
  • Dlaczego?
  • kontakt
  • Polityka plików cookies (EU)
raport z podróży
prom na vis

Prom na Vis

Opublikowano 25 października, 202522 marca, 2026

„Bo tu długo [na stałe] być nie możemy, skąd za parę dni trzeba odejść. Dlatego szukajmy my tego miejsca które znajdujemy większe [trwalsze] od wszystkich wieków” P.H

Deszcz rzadko pada w Dalmacji o tej porze roku. Wycieraczka leniwie zbiera krople spadające nieregularnie na szybę, jakby chciały tworzyć zmienne kontury wyspy rozmywające się w rytmie pokonywanych kilometrów. Przejazd z centrum Szybenika do portu w Splicie autostradą zajmuje raptem godzinę drogi z ogonkiem. W sam raz, aby w mieście zamiast nawigacji wybrać starodawne, dwudziestowieczne znaki drogowe wskazujące którędy powinni podążać zmotoryzowani klienci Jadroliniji. Prom stoi już przycumowany do nadbrzeża, zapraszając do zaokrętowania się swoim otwartym brzuchem. Do czasu odpłynięcia zgodnego z rozkładem jest jeszcze około 50 minut. Parkuję w umownym środku terminala wypatrując kolejki samochodów, ale oprócz mojej toyoty widzę jedynie jakiegoś suva nieokreślonej marki i kolejkę ludzi spokojnie czekających przed wejściem w postaci liny przeciągniętej w ciągu ustawionych na asfalcie barierek.

Żadnych portowych dziwek i portowych kotów, jedynie dwóch mężczyzn w żółtych koszulkach przechadzających się obok grubej cumy promu i energiczny gość z wąsem, w podobnej koszulce, chodzący w te i wewte. Jestem zdezorientowany bo znaki na asfalcie terminala są wyblakłe i niejednoznaczne, nie wiem czy wolno już wjeżdżać do wnętrza promu.Waham się, czy może wyskoczyć do piekarni, którą widziałem po drodze, po bułki i burki. Powinno to zająć z dziesięć minut, czyli dodając czas na zakup i powrót ze dwadzieścia pięć, zatem zdążę. Mijają kolejne minuty, dowiaduję się, że ta ludzka kolejka czeka na statek wycieczkowy na Hvar i aby się upewnić, że stojący prom to mój prom, pokazuję ręką na zacumowanego potwora i mówię do człowieka z wąsem w żółtej koszulce – „Vis”. Ma to brzmieć jak pytanie, ale on odpowiada dokładnie w ten sam sposób – „Vis”. Stoję zakłopotany i patrzę na zegarek, wciąż nie jestem pewien co robić. Agnieszka mówi: „Nie idź już po żadne burki, najwyżej będziemy trochę wcześniej na promie”. Wsiadamy do samochodu, wyciągam wydrukowane bilety z plastikowej koszulki i ruszam w kierunku ziejącego pustką promu. Jakiś człowiek w żółtej koszulce macha ręką, po czym opuszcza ją zrezygnowany. Przy wjeździe do wnętrza pojawia się drugi, daję mu bilet, próbuje coś powiedzieć, ale w końcu wskazuje kierunek. Opony stukają na stalowym podjeździe, przejeżdżam ładownię i parkuję przed ścianą podniesionego stalowego zjazdu z promu. Marynarze, którzy wskazują nam miejsce śmieją się – okazuje się, że nieświadomie ominęliśmy kolejkę. Będziemy pierwszymi, którzy opuszczą prom po dopłynięciu na wyspę. Z zaparkowanego obok nas audi na białostockich numerach wychodzi wąsaty człowiek w żółtej koszulce, którego próbowałem pytać czy ten prom faktyczne płynie na Vis. Uśmiecham się i myślę czy nie powiedzieć czegoś w rodzaju – „pierwsi będą ostatnimi” – ale kończy się na wymianie zadowolonych spojrzeń. Prom wypełnia się samochodami, a my idziemy na pokład. To znaczy wjeżdżamy windą na trzecie piętro.

Mieszkańcy wyspy Vis traktują swoją łódź jak członka rodziny. Prom, którym właśnie odpływam jest krewnym wszystkich wyspiarzy. Petar Hektorovic powstał w duńskiej stoczni, po kilku latach zamienił ołowiane wody północnych mórz na ciepły lazur Jadranu. Początkowo pływał ze Splitu na Hvar. Jedna z większych jednostek pływających najważniejszego towarzystwa promowego tej części wód Adriatyku potrzebowała godnego patrona.

Wyobrażam sobie scenę, kiedy mieszkańcy Stari Gradu tłumnie wypatrują na nadbrzeżu nowego promu. W oddali widać majaczący punkcik, burmistrz otoczony wianuszkiem elegancko ubranych pań opowiada o dwóch pokładach z restauracjami, architekt dorzuca parę słów o skandynawskiej szkole projektowania widocznej w każdym detalu stolików i foteli a grupka ogorzałych mężczyzn w marynarskich kubrakach narzeka na malejącą ilość ryb w okolicznych zatokach. Piłka kopnięta przez chłopca w koszulce „Suker” trafia w śnieżnobiałą koszulę jednego ze śpiewaków lokalnej klapy. Koledzy śmieją się, klepią go po plecach, a skruszony chłopak biegnie w stronę miasta i po chwili wraca z butelką plavaca. Szmer tłumu na chwilę przygasa, widać już dokładnie imponujący rozmiar promu, podświetlony promieniami słońca. Prostokąt ładowni zdaje się przykrywać portową przystań. Kiedy klapa dziobu otwiera się z chrzęstem łańcuchów i opada na nadbrzeże, zmęczona mewa siada na stojącym obok portu pomniku Petara Hektorovicia i dokładnie w tej samej chwili, gdy butelka roztrzaskuje się na kadłubie promu, obsrywa mu brodę.

Wypłynęliśmy już ze Splitu i powoli mijamy Okrug Gornji. Mewy szybują w ciepłej bryzie, a kiedy się znudzą, odpoczywają na relingach. „Dokładnie takie samo zdjęcie jak w folderze” – mówi do koleżanki jedna z Amerykanek celując smartfonem w mewę na tle ciemnej zieleni wyspy i nieprzyzwoicie błękitnego nieba. Jest ich chyba z dziesięć, wszystkie szczupłe, dobrze utrzymane, obute w różne typy njubalansów. Słychać je dobrze w tej części górnego pokładu, kiedy szczebioczą odsłaniając perełki białych zębów. Całe życie je szczotkowały i nitkowały. Błyszczą teraz zdrowym uśmiechem w dalmatyńskim słońcu. Ta najwyższa z nich, najwyraźniej niekwestionowana liderka wygląda na byłą sportowczynię. Kiedyś te długie nogi przebiegały co tydzień dziesiątki mil, a wypielęgnowane ręce przerzucały kilkaset funtów żelaza w uniwersyteckiej siłowni. Teraz odgarnia dłonią z twarzy kosmyk siwiejących włosów i patrzy na napis na żółtej koszulce stojącego i rozmawiającego z nami mężczyzny z wąsem. „Key West” – rozmarza się wąsacz – „to jest dopiero niesamowite, kolonialna zabudowa, owoce morza i ten przejazd mostem”. Opowiada z ognikami w oczach o miejscu, w którym chciałby kiedyś pobyć dłużej albo nawet zamieszkać. Jego żona potakuje z uśmiechem. Prowadzimy jedną z tych rozmów ludzi, którzy spotkali się przypadkiem i odkrywają, że chodzili tymi samymi ścieżkami, oglądali podobne wschody słońca, a na plaży wolą dźwiek chrzęstu wbijających się w pięty kamyków od miękkiego piasku oblepiającego stopy. Co prawda nigdy nie byłem na Key West, ale nazwy takie jak Promajna, Brela czy Makarska wywołują w mojej głowie ciąg scen. Śliski kamień lungomare w Breli, kiedy próbuję dotrzymać kroku biegnącemu czeskiemu hokeiście, misternie rzeźbiona biała szafa na tle jasnoróżowej ściany apartamentu w Promajnej, smak burka jedzonego na stacji w Makarskiej w oparach benzyny intensywnie parującej z asfaltu podczas wyjątkowo upalnego dnia. Emocje utrwalone w neuronowych połączeniach, które zamiast blaknąć dostają coraz to nowych kolorów.

Wpływamy w przesmyk pomiędzy Braciem a Soltą. Rozmowy, w tym nasza, nieco przycichają. Nawet rozgadane Amerykanki umilkły i poddają się rytuałowi przejścia przez Splitska Vrata. Zieleń makii na wyspach od jasnego granatu morza odcina biel kamiennych brzegów. Wykorzystuję chwilę, kiedy wszyscy zaczynają robić zdjęcia latarni i schodzę pod pokład w poszukiwaniu restauracji. Kilka osób siedzi na półpiętrze przy stolikach obok witryny, w której sprzedawana jest kawa i przekąski, popycham wahadłowe drzwi i wchodzę w przestrzeń schodów i korytarzy.

Błądzę przytłoczony bielą ścian, próbuję otwierać mijane drzwi, ale są zamknięte na głucho. W końcu staję przed podwójnymi odrzwiami i naciskam klamkę. Nareszcie. Po rozmiarze sali restauracyjnej widać, że prom został zaprojektowany aż na ośmiuset pasażerów. Okienka w których wydaje się posiłki są zamknięte, słychać cichutki dźwięk promowych diesli i pochrapywanie mężczyzny, który siedząc na krześle położył głowę na stoliku i przykrył ją ręcznikiem. Przechodzę cichutko, aby go nie zbudzić, siadam przy oknie i otwieram książkę. Ten Sebald to miała być literatura podróżnicza, a tu zamiast celnych spostrzeżeń lub nostalgicznych wynurzeń zainspirowanych odwiedzanym miejscem, wariacje na temat biografii Stendhala. Sprawdzam jeszcze w guglu czy ten Henri Beyle to faktycznie Stendhal. Wkurwiam się, bo spellcheck dwa razy beyle zamienia na byle, ale w końcu krynica internetowej wiedzy potwierdza zgodność literackiego pseudonimu z nazwiskiem i imieniem, otrzymanym na chrzcie przez tego opisywanego przez Niemca Francuza. Powinienem jeszcze to sprawdzić w jakiejś zakurzonej, papierowej encyklopedii, ale najbliższa znajduje się w bibliotece miejskiej w Vis, o ile taka istnieje. Przekroczyliśmy już pół drogi, zamykam książkę i patrzę przez luk na spokojne morze. Jasnoniebieskie niebo odcina się idealnie prostą linią od granatowej wody. Można by kalibrować poziomnicę.

Na górnym pokładzie było teraz więcej ludzi. Niewyraźna szara plama celu naszej podróży zaczyna nabierać coraz więcej ostrości, ale uwaga większości podróżnych jest skupiona na mijanym brzegu Hvaru.

Około 12 mil morskich i 457 lat dzieli nas od miejsca i chwili w której Petar Hektorovic wyrusza w swoją trzydniową, okrężną podróż ze Stari Gradu na Brać, Soltę i z powrotem. Miał wtedy 69 lat, co w owych latach było wyczynem dostępnym nielicznym. Morskie powietrze i wygodne życie spędzone na doglądaniu posiadłości i rozmyślaniach w trzech językach musiało zakonserwować tego postawnego mężczyznę. Raport z tej wyprawy zatytułowany „Ribanje i ribarsko prigorovanje” czyli „Połów ryb i przekomarzania rybaków” to jego najbardziej znane dzieło. Pierwsza sielanka podróżnicza napisana w tutejszym języku, pełna głębokich i trywialnych zarazem życiowych prawd wypowiadanych i wyśpiewywanych głosami dwóch łebskich żeglarzy wynajętych przez Hektorovica.


PASKOJ Kto trzyma nałożnicę, majątek straci, Potem pijąc wodę, nieszczęśliwy będzie.

NIKOLA Kto często się częstuje, chcąc gardło zgasić, Ten życie skraca, a majątek traci.

PASKOJ Kto wystawnie gotuje, którzy jedzą słodycze, więcej ich od żołądka niż od miecza ginie.

PASKOJ Tego odwiedzaj, który ciebie odwiedza i dar temu dawaj, który z darem przychodzi.



Już w 1555 roku nawet prosty rybak wiedział, że cukier jest niezdrowy. Rozmowy Paskoja i Nikola zajmują większość dzieła, którego obowiązkowa lektura zapewnie potwornie nudzi przeciętnego chorwackiego licealistę, wyłączając może tych kilku z Hvaru. Hektorovic ustami swoich morskich cicerone roztkliwia się nad zaletami harmonijnego stylu życia, ale nie zapomina o szczypcie stoickiej umiejętności uwolnienia się z plątaniny myśli i obserwowania swojego ego.


NIKOLA Poznaj czas, jaki jest, prawdę naśladuj. Rozprosz gniewy swoje, z bliźnimi żyj w pokoju.

PASKOJ Zawsze język ściskaj, zwłaszcza za stołem, żeby cię nie wzburzył więcej niż chciał.

PASKOJ Niemożliwych rzeczy nie pożądaj, ani nie czyń, Czym się zwodzą starzy, młodzi i wszyscy inni.

NIKOLA Kto w drogie rzeczy wielką miłość kładzie, Choroba go dręczy, kiedy je opuszcza.


Wychodzę znów na pokład i patrzę na rozgadane Amerykanki. Promienie słoneczne wciskają się złotym kolorem w czarną lycrę legginsów tej z siwymi, kręconymi włosami. Spośród lawiny słów wypowiadanych przez nią z charakterystycznym akcentem jedno wyróżnia się nietypowym dźwiękiem. Zubatac. Zębacz. Ten sam gatunek ryb, które Paskoj i Nikola łowili podczas wyprawy z Hektorovicem, aby pod koniec dnia upiec je przy ognisku i spożyć przepłukując przy tym gardła lokalnym winem. Kobiety omawiają swoje restauracyjne podboje. Zapłaciłyby pewnie top dolar za możliwość uczestnictwa w odwiecznym cyklu, od zarzucenia sieci do uczty okraszonej tęsknymi pieśniami duetu ogorzałych mężczyzn wpatrzonych w ogniki dopalającego się drewna. Może któraś z nich wynajmie dwóch przystojnych wędkarzy, będą jej śpiewać dalmatyńskie piosenki, podzielą się mądrościami życiowymi, zapalą nielegalne ognisko, upieką zubatace i pokażą otłuszczonymi palcami świecącego na wieczornym niebie Syriusza – „There, zvezda, star – veliki pas, big dog constellation…” Wtedy ona wykrzyknie z tym amerykańskim entuzjazmem: „Big Dog? Oh, my oh my, I’m from Wichita… Od tej chwili rozmowa przejdzie z naskórkowego stanu nużąco oczywistych zdań do rzadko odsłanianej podskórnej tkanki głębokich emocji wywołanych zaskakującym zbiegiem okoliczności. Okaże się, że Nikola, wynajęty przez siwowłosą Joy pływa z turystami, bo z czegoś trzeba wyżyć, ale jego prawdziwą pasją są motocykle. Grzebie właśnie w Pittbullu od Big Doga, a na co dzień jeździ Mastiffem.

Słysząc to Joy krztusi się śmiechem, łapie mocno Nikolę za ramię, obydwoje mimowolnie podnoszą ręce w stronę gwiazdozbioru Wielkiego Psa. „Oh my God, what a coincendence „…Po skończeniu inżynierii na Cornell, wyjechała do Wichita i tam pracowała przez lata dla Big Dog Motorcycles, aż do zamknięcia fabryki w 2011 roku. Nikola przez ułamek sekundy podniesiony przez nieznaną siłę wyższą patrzy rozszerzonymi źrenicami z wysokości Syriusza na siebie, Paskoja i Amerykankę siedzących przy dopalającym się ognisku. Zamyka oczy i znajduje się w tym samym i jednocześnie zupełnie innym miejscu. Klientka zamieniła się w Big Dog Joy, a on stał się Velikim Pasom Nikola. Powietrze zaczyna pachnieć smarem i używaną skórzaną kurtką, kamienie i krzewy zamieniają się w tuleje, tłoki i sprzęgła, cały świat wokoło przyspiesza w rytmie wirującego wału korbowego. Ich żarliwe krzyki, śmiechy i gesty rozgrzewają dogasające ognisko.

Moje motocyklowe urojenia przerywają łagodne dźwięki harmonii. Na pokład wychynęli Słoweńcy, rozgrzani zimnym piwem sumiennie wypijanym butelka po butelce od momentu wypłynięcia z portu. Kilka par zaczyna tuptać walczyka w takt melodii granej przez śpiewającego akordeonistę. Dopływamy do celu. Tańczące pary na tle zbliżającej się przystani promowej przewijają się w kadrach wycelowanych w nie smartfonów. Będzie co wspominać po powrocie.

Prom wykonuje powolny skręt, można już odczytać napisy na portowych budynkach. Przed windą na dolny pokład z samochodami stoi kolejka, ci bardziej niecierpliwi wybierają schody. Stukot kroków, trzaski zamykanych drzwi i chrobot przybijania do brzegu wypełniają ładownię wibracjami. Dźwięki jeszcze jakiś czas odbijają się od stalowego wnętrza, po czym zalega cisza. Wszyscy nasłuchują w spokoju tych paru sekund, kiedy klapa ładowni głucho dotknie betonowego nadbrzeża. Jeszcze tylko marynarz daje nam znak ręką – wjeżdżamy w słoneczny prostokąt wyspy smakując wszystkimi zmysłami ten moment.

„Bo wszystko jest marność, co ten świat prosi, jak mgła, którą wiatr zanosi, albo jak para, która z ziemi idzie, w tej chwili, która znika, kiedy się rodzi.”

Plus Vis quam vis.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ostatnie wpisy

  • Pięć rzeczy które robisz w Kőszeg. 27 stycznia, 2026
  • Czy Kőszeg uprawiał wolną miłość w Kőszeg? 7 stycznia, 2026
  • Prom na Vis 25 października, 2025
  • 5 rzeczy, które powinieneś zrobić w Trieście. 30 lipca, 2025
  • Tam, gdzie Habsburg narobił w pościel leżąc z Jadwinią. 19 listopada, 2024

Archiwa

Kategorie

Tagi

arato begur beli caffè degli specchi calella de palafrugell cividale del friuli Costa Brava cres dalmacja diabelski most dolnaaustria finał MŚ 1954 habsburg hainburg haydn hide the pain harold jadrolinija jagodicspince jurisics Koszeg Wegry lipiński Lorant morze północne most w cividale muzeum w cividale ołtarz ratchis palafrugell hiszpania piazza oberdan piazza unita d'italia podróż promem prom prom na cres prom na sylt Republika Wenecka split Stefanich sępy płowe sępy płowe chorwacja tempietto longobardo tramontana triest vis wyspy chorwackie wyspy kvarner zamek w koszeg
©2026 raport z podróży | Powered by SuperbThemes
Zarządzaj zgodami plików cookie
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych. Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
  • Zarządzaj opcjami
  • Zarządzaj serwisami
  • Zarządzaj {vendor_count} dostawcami
  • Przeczytaj więcej o tych celach
Zobacz preferencje
  • {title}
  • {title}
  • {title}